Dlaczego nie lubię mieszkać w Londynie?

Pisałam już o tym dlaczego lubię mieszkać w Londynie, ale jak każde miasto i to, ma swoje wady i zalety. Nie, to nie jest tak, że zmieniłam zdanie i teraz jednak nie lubię mieszkać w Londynie. Po prostu czasami doceniam uroki Londynu i jestem wdzięczna losowi i samej sobie za to, że mogę tu mieszkać. I że podjęłam decyzję o wyjeździe właśnie tutaj. A czasem to ogromne miasto mnie przytłacza, denerwuje i mam go serdecznie dość.

Większość z Was pewnie wie, że zamieszkałam tu ze względu na studia prawnicze, które zaczęłam w październiku 2015. Dlatego przez co najmniej najbliższy rok nie mam innego wyboru jak dalej tu mieszkać. Mimo kilku rzeczy, które mnie tu denerwują.

 

Wszędzie jest daleko

Bez samochodu w Londynie źle, a z samochodem jeszcze gorzej! Żeby się dostać do centrum ze swojego domu (a nie mieszkam w jakiejś tam 19 strefie!) idę na stację 10 minut, a później jeszcze spędzam w metrze około 40 minut. Jeśli chcę pojechać po taniości, autobusem, to moja podróż trwa mniej więcej 1,5 godziny. Dlatego jeśli już się gdzieś wychodzi dalej niż do pobliskiego sklepu spożywczego to na 99% spędzi się poza domem cały dzień.

Do tego, jak już wyjdę z tego metra albo wysiądę z autobusu to uwierz mi, trochę sobie tam pochodzę. Z tego powodu przeważnie mam na sobie wygodne buty, bo kilka kilometrów na nogach to minimum!

Jeśli ktoś jest ciekawy to nie, nie mam w Londynie samochodu. I wcale nie uważam, żeby był mi tutaj jakoś szczególnie potrzebny. Biorąc pod uwagę to, że moja podróż samochodem z punktu A do punktu B trwałaby pewnie 2 razy tyle co komunikacją miejską. Bo zamiast jechać, stałabym w korku.

 

Ceny z kosmosu

To, że Londyn jest drogi to już wszyscy wiedzą. To, że niektórym opłaca się w nim mieszkać też. Ale to, że są rzeczy w Londynie, które są masakrycznie drogie, to już niekoniecznie. Na przykład jedzenie. Ale to lepsze jakościowo, zdrowsze jedzenie. W sklepach takich jak Tesco, czy Sainsbury’s, zakupy spożywcze nie są najtańsze. O Marks and Spencer już nie wspominając.

Jedzenie na mieście też do najtańszych nie należy. Pewnie powiecie, że wiadomo, że zawsze taniej jest zjeść w domu. Może i tak, ale w Polsce przynajmniej są takie miejsca jak bary mleczne, pierogarnie, naleśnikarnie, w których można tanio zjeść. W Londynie, brakuje mi takich miejsc.

Druga mega droga a zarazem bardzo potrzebna rzecz to transport. Za metro płaci się w zależności od tego, przez które strefy się przejeżdża. Takim oto sposobem, żeby pojechać do centrum Londynu i z powrotem muszę wydać 6,60 GBP. Fakt, że autobusem zapłaciłabym dwa razy mniej, ale za to jechałabym dwa razy dłużej.

 

Smród i brud

Do tej pory pamiętam reakcję mojej mamy jak pierwszy raz przyleciała mnie odwiedzić i przechodząc przejściem podziemnym zobaczyła te sterty śmieci, które tam leżały. Do dzisiaj pamiętam jak pierwszy raz w życiu „poczułam” Londyn. I nie, nie chodzi mi tu o spaliny. Chociaż ich też jest pełno w Londynie.

Generalnie powiem Wam, że widok i zapach nie jest przyjemny, ale da się przyzwyczaić.

Chociaż w dzień jeszcze nie jest tak źle. Najgorszy widok jest w nocy, kiedy górki śmieci leżą na chodniku czekając na śmieciarki, które po nie rano przyjadą. I kiedy tej samej nocy przebiega obok Ciebie mysz, a zaraz po niej druga. I na stacji metra jeszcze jedna. I kiedy już na ostatniej prostej do swojego domu musisz iść slalomem, bo omijasz rzygi zostawione przez grupę pijanych brytyjskich nastolatków.

Ale jak już mówiłam, da się przyzwyczaić.

 

Nie rozumiem co do mnie mówią

Ale do tego, że w Londynie jest milion różnych akcentów to chyba nigdy się nie przyzwyczaję. Mój angielski, po prawie dwóch latach mieszkania w UK jest na całkiem dobrym poziomie. I tak jak ze zrozumieniem Brytyjczyków nie mam już problemu, tak z Hindusem nigdy się nie dogadam. Naprawdę! Nigdy nie nauczę się rozumieć w 100% co do mnie mówią.

Podobnie jest z Francuzami. Chociaż ich akcent przynajmniej mi się podoba. Ale mając profesora Francuza z jednego z najważniejszych przedmiotów to jednak wolę wiedzieć o co mu chodzi. A nie tylko siedzieć i słuchać. Więc musiałam się nauczyć go rozumieć.

Ciekawa jestem jak moi koledzy nie-Polacy i koleżanki nie-Polki mnie rozumieją jak do nich mówię. :D

 

A za co Wy lubicie lub nie lubicie swojego miasta?

  • hrwdomu.pl

    Większość punktów jakie ujęłaś przekonują mnie do tego że jednak nie chciałabym mieszkać w większej metropoli. Ale z drugiej strony te plusy o których mowa w innym poście. Bo chyba nigdzie nie ma ideałów. Ważne aby czuć się dobrze w miejscu gdzie się mieszka.

    • Przez większość czasu jest okej. :) Niekiedy tylko ma się ochotę wyjechać na wieś gdzie jest cicho i spokojnie. I wszyscy mówią po polsku, albo w ogóle nie mówią. I zamiast spalin czuć zapach skoszonej trawy. :)

      • hrwdomu.pl

        Ale w ogóle nie mówią – turlam się ze śmiechu ;-) ;-) ;-)

  • Jak ja się z Tobą zgadzam! ❤️ Tylko, że ja bywam w Londynie sporadycznie, więc staram się cieszyć zaletami. Przypuszczam że gdybym miała mieszkać tam na stałe, wady by się uwypukliły 😉

    • Pewnie tak, ale przynajmniej, dzięki temu to miasto ma swój klimat! :)

  • Pierwszy raz byłam w Londynie jakieś 6 lat temu. Od tamtej pory odwiedzałam je na dłużej chyba z osiem razy (mieszka tam na stałe mój brat) i nauczyłam się jednego (zresztą to nie tylko dzięki wyjazdom do Londynu, ale podróży po całej Europie) – absolutnie i pod żadnym pozorem nie przeliczać cen na złotówki, a traktować je 1:1. A w szczególności cen jedzenia i transportu. Jednodniowy bilet na jedną strefę w Łodzi to koszt 13,20 pln; jednodniowy bilet na 1 i 2 strefę w Londynie – £6,60. Dobry chleb w Londynie to koszt około £2,5. Za dobry chleb w Polsce, na zakwasie płacę około 4 złotych. Nie jest ważne, ile coś kosztuje w Londynie po przeliczeniu na złotówki. Ważne jest, jak ta cena wygląda w konfrontacji z zarobkami tubylców. Dla turystów – owszem, jest drogo, ale są w Europie droższe miejsca :) dla ludzi, którzy tam mieszkają, żyją, pracują – te ceny nie są wygórowane :)

    • To prawda! :) Ja dopiero od niedawna przestałam przeliczać tutejsze ceny na złotówki, chociaż niekiedy dalej ten nawyk daje o sobie znać. Ale dzięki temu zauważyłam, że na przykład ubrania z sieciówek po przeliczeniu kosztują mniej więcej tyle samo co w Polsce. Co w porównaniu do zarobków w UK jest bardzo niesprawiedliwe dla Polski!

  • MrsGrono.com

    Brzmi jak Warszawa! 😂

  • Jak widać każde miasto ma swoje dobre i złe strony. Niestety, w naszej codzienności częściej widać te trudne. Mieszkam w Warszawie i ja myślę,że tu pokonuje duże odległości, więc w Londynie to musi być niezłe wyzwanie.

  • Martyna Cieślińska

    No tak ceny daja o sobie znać nie da sie ukryć… To chyba boli najbardziej 🙈 Pozdrawiam

  • Jak byłam w Londynie to najbardziej przeszkadzały mi wysokie ceny zdrowej żywności. Serio, milion batonów, ciasta czy wielkie paczki czipsów za funta, a coś lepszego? Pewnie, 2 czy 3 dni mogę wyżyć na donutach (choć i tak ciężko), ale na dłużej? Nie ma opcji. Dojazdy też są upierdliwe, to trzeba przyznać, choć to jak w każdym większym mieście (mieszkałam jakiś czas w Chinach i tak samo, gdziekolwiek dojechać godzina – półtorej…).

    • O wow! Bardzo zazdroszczę tych Chin! Wbijam na bloga, chociaż o nich poczytać :)

  • Pierwszy raz czytam tyle złych rzeczy o Londynie na raz. Po studiach będziesz tam mieszkać?

  • Niezawsze poprawne zapiski Dee

    Mieszkałam w Londynie 5 lat i mimo, że uwielbiam to miasto, cieszę się, że się przeniosłam do zacisznego Kentu. A akcenty? Kiedyś się przyzwyczaisz, mnie najdłużej zajęło zrozumienie mojej przyjaciółki z Irlandii. Po 19 latach w UK rozróżniam już większość akcentów, ale z cockeyem ciągle mam problem 😊

    • Ja pewnie też jeszcze trochę tu pomieszkam, ale prędzej czy później wybiorę jakieś mniejsze miasto :)

  • Czas, który traci się na dojazdy to niestety ‚urok’ duzych miast. Plusem Londynu jest chyba całkiem dobrze rozwinięta sieć, bo w Pl to różnie bywa.

    • Tutaj na autobus lub metro czeka się najdłużej 5 minut, więc to jest duży plus! :)

  • Blondynki Kreatywnie

    Ceny chyba jak w kazdej stolicy wysokie

  • Ja w Londynie byłam tylko raz, ale nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Zdecydowanie wolę Nowy Jork.

    • Nigdy nie byłam, ale jak tylko pieniążki pozwolą to mam w planach się wybrać. :D

  • Jakbym słyszał o Warszawie :D

  • „Ciekawa jestem jak moi koledzy nie-Polacy i koleżanki nie-Polki mnie rozumieją jak do nich mówię. :D” – i to jest ciekawa kwestia! Może tak samo rozumieją jak Ty rozumiesz Hindusów :D

    • To by tłumaczyło czemu każą mi powtarzać po kilka razy co powiedziałam. :D

  • Mieszkajac w Londynie sporo czasu straciłam na dojazdy metrem – pracowalam w Ruben’s hotel niedaleko Victoria station a mieszkałam w 5 strefie. Raz zasnełam w metrze i wywiozło mnie na koniec świata. Wracałam ze Staga i było, późno, mokro, zimno. Doszłam na piechotę 😉

    • O mój narzeczony pracuje niedaleko Victoria station :D i to prawda, na dojazdy traci się mnóstwo czasu! Dlatego zamieszkaliśmy blisko mojej uczelni po to, żeby chociaż jedno z nas nie musiało dojeżdżać. :)

  • Ja nie lubię swojego miasta ze względu na to, że nic tu nie ma. :) Z drugiej strony to właśnie jest jego zaletą – ciągle słyszę o jakichś wybuchających w większych niemieckich miastach bombach, napadach, nie wiadomo czym. No i jest tam mnóstwo ludzi, a u nas czasem cicho jak makiem zasiałi nawet samochodów nie ma na ulicy. :) Nie potrafiłabym żyć w dużym mieście, gdzie wszędzie jest daleko, ludzie są obcy i często nieprzyjaźni. To już wolę swoją dziurę. ;)

  • Super wpis! Te dojazdy to musi byc koszmar. Paryz jest maly, ale metro jest z kolei tak brudne i zapachane, ze i tak wszedzie musze chodzic piechota. I ceny tez sa zaporowe! Nie ma jak duze aglomeracje… Jeszcze kilka lat chce pomieszkac w Paryzu, ale coraz bardziej marzy mi sie ucieczka na francuska wies :)

    • Byłam raz w Paryżu, niestety metra nie pamiętam, także nie mam porównania :( Pewnie, dlatego że to była wycieczka szkolna, nie zwracałam aż tyle uwagi na samo miasto. :D Oj, też czasem chciałabym się wyprowadzić na wieś, albo chociaż do mniejszego miasta :)